NC500 in Winter

🇬🇧 English version above | 🇵🇱 Wersja polska poniżej


After sharing the photos, here is the full story of our winter NC500.
🔗NC500 in Photos

We set off with a plan

We left home on Tuesday, 30 December. The plan was simple: drive the North Coast 500. It did not even cross my mind that doing it in winter might not be fun at all. That maybe it would not really be possible.

We packed the camper and started driving. We reached the Inverness area without suspecting anything yet. We found a quiet spot in the forest and spent the first night there. Days were very short, so most of the time we were in the van. Our camper is wonderful, but sitting all day is not my favourite thing. I need to move to feel good.

So we went looking for Hill 99, a tower hidden in the forest. The woods were dense,crossed with countless paths, and we walked in circles for a while before we finally found it. The tower was tall enough to climb above the treetops and look around. That was our only outing that day.

Later, we drove to Inverness. The city did not leave much of an impression. We walked around briefly and that was it. The notebook I am writing in now comes from that city. It might be the only souvenir we brought back.

When it got dark, we drove to a farm where we planned to stay the night.

When winter takes over

Evenings in the camper are nice. There is not much space, but it feels cosy. We had prepared Polish jars for this trip — beans in tomato sauce, cabbage rolls, meatballs. After dinner, a shower, then lying in bed watching something simple. Nothing special, just resting together.


That night was New Year’s Eve. It was completely quiet. That was what we wanted, because Nana is very afraid of loud noises. There were no fireworks, just wind and rain hitting the roof.

In the morning, we had trouble leaving the farm. The grass was so soaked that the wheels kept spinning. We were lucky to be on a farm. Misio found a shovel and some stones, and little by little we managed to get out of the mud. It felt like a real achievement. The camper is heavy, and if we had got stuck deeper in the forest, I do not know how it would have ended.

The next day there were no attractions at all. The wind was so strong that even the doors did not want to open. We stopped with a view of the sea and spent another night there. It was a long, loud night. The van rocked so much that I felt like we were on a ferry. We were afraid the wind might push the car off the cliff.

Somehow, we got through the night.

In the morning, it was not much better. We drove to Smoo Cave and managed to walk down to it. It looked smaller than I remembered. Maybe because the girls have grown so much. It was a very short walk. It started raining hard and we quickly returned to the van.

After another stormy day, we decided to start heading south.

The moment we wanted to keep

Writing this now, I wonder how people live in the north of Scotland. How they survive these winter months — the wind, the rain, the snow. What they do all day. Where they work. They must have some kind of secret.

We parked for the night in Ullapool, right next to Tesco. Not exciting, but safe. Snow was forecast, and we did not want to risk getting stuck somewhere remote. Sleeping in a supermarket car park has its advantages. Fresh rolls in the morning.

After a lot of coffee and a good breakfast, we drove on, looking for a place with a cleared car park. The dogs needed to run. They were calm, as if they understood that options were limited.

We stopped near a forest by a river. There was a lot of snow, but we still went for a short walk. Trees were covered in white. The sun came out and shone through the branches. It looked unreal. The girls slid down a small hill a few times, laughing. Watching them, I wondered how long they would still be like this. How long they would still get so excited by snow.


Our last night was spent near Ben Nevis. A perfect location for anyone planning to climb it. The mountain is high on my own list.

In the morning, Scotland finally showed us something. The sky was blue, the snow sparkled, and the night had been minus seven. It was a beautiful walk. Nana ran like crazy, barking with joy. She loves snow more than anything.

We also met a small, brave friend — a robin that followed us closely, watching us with curiosity. Of course, I took far too many photos.

After that walk, we started heading home. Two days earlier than planned. The weather ahead was meant to be windy and wet again. I wanted to keep these snowy moments in my memory — not the rain, not the frustration of being stuck inside the van.

Winter NC500 is not for me. The days are short. Roads are often closed. The wind is harsher than you can imagine. But the views — wild seas, moving grasses, snow-covered mountains under pink skies — stay with you.


The memories are there…



If you would like to see more images from this trip, I have shared them in a separate post:

🔗NC500 in Photos

🇵🇱 Wersja polska poniżej

NC500 zimą

Wyjechaliśmy z domu we wtorek, 30 grudnia. Plan był prosty: objechać North Coast 500. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że zimą może to nie być ani przyjemne, ani w ogóle możliwe.


Spakowaliśmy kampera i ruszyliśmy w drogę. Dojechaliśmy w okolice Inverness, nadal niczego nie podejrzewając. Znaleźliśmy nocleg w lesie i tak, po cichu, minęła pierwsza noc. Dni były bardzo krótkie, więc większość czasu spędzaliśmy w samochodzie. Nasz kamper jest wspaniały, ale siedzenie całymi dniami nie jest czymś, co lubię. Muszę się ruszać, żeby dobrze się czuć.


Wyruszyliśmy więc w poszukiwaniu Hill 99 – wieży ukrytej w lesie. Las był gęsty, poprzecinany setkami ścieżek. Krążyliśmy trochę w kółko, zanim w końcu dotarliśmy na miejsce. Wieża była dość wysoka, żeby wspiąć się ponad czubki drzew i spojrzeć na okolicę. To była nasza jedyna wyprawa tego dnia.


Później pojechaliśmy do Inverness. Miasto nie zrobiło na nas większego wrażenia. Przeszliśmy się chwilę i to tyle. Notes, w którym teraz piszę, kupiłam właśnie tam. To chyba jedyna pamiątka z tego miejsca.


Kiedy zrobiło się ciemno, ruszyliśmy na farmę, gdzie mieliśmy spędzić noc.


Wieczory w kamperze są przyjemne. Jest mało miejsca, ale jest przytulnie. Na tę wycieczkę przygotowaliśmy polskie słoiczki – fasolkę po bretońsku, gołąbki, pulpety. Po kolacji prysznic, a potem leżenie w łóżku i oglądanie czegoś prostego. Nic szczególnego, po prostu odpoczynek razem.


To była noc sylwestrowa. Było zupełnie cicho. Tego właśnie chcieliśmy, bo Nana bardzo boi się hałasów. Nie było fajerwerków, tylko wiatr i deszcz uderzające o dach.

Rano mieliśmy problem z wyjazdem z farmy. Trawa była tak mokra, że koła kręciły się w miejscu. Mieliśmy szczęście, że to była farma. Misio znalazł łopatę i trochę kamieni i powoli udało się wydostać z błota. Kamper jest ciężki i gdybyśmy utknęli głębiej w lesie, nie wiem, jak by się to skończyło.



Kolejnego dnia nie było żadnych atrakcji. Wiatr był tak silny, że nawet drzwi nie chciały się otworzyć. Zatrzymaliśmy się z widokiem na morze i tam spędziliśmy noc. Była długa i głośna. Samochód kołysał się tak, że czułam się jak na promie. Baliśmy się, że wiatr zepchnie nas z klifu.


Jakoś przetrwaliśmy noc.



Rano nie było dużo lepiej. Pojechaliśmy do Smoo Cave i zeszliśmy do jaskini. Wydawała się mniejsza niż kiedyś. Może dlatego, że dziewczynki tak urosły. Spacer był krótki, bo zaczęło mocno padać i szybko wróciliśmy do vana.



Po kolejnym sztormowym dniu zdecydowaliśmy się zacząć zjeżdżać na południe.

Pisząc to teraz, zastanawiam się, jak ludzie żyją na północy Szkocji. Jak radzą sobie z zimą, wiatrem, deszczem i śniegiem. Co robią całymi dniami. Muszą znać jakiś sekret.

Następną noc spędziliśmy w Ullapool, na parkingu przy Tesco. Niezbyt ekscytujące miejsce, ale bezpieczne. Zapowiadano śnieg i nie chcieliśmy ryzykować utknięcia gdzieś na odludziu. Nocowanie na parkingu supermarketu ma swoje zalety – rano były świeże bułki.



Po dużej ilości kawy i dobrym śniadaniu ruszyliśmy dalej, szukając miejsca z odśnieżonym parkingiem. Psy potrzebowały pobiegać. Były spokojne, jakby rozumiały, że nie ma zbyt wielu opcji.



Zatrzymaliśmy się przy lesie nad rzeką. Śniegu było dużo, ale mimo to poszliśmy na krótki spacer. Drzewa były całe białe. Wyszło słońce i zaczęło prześwitywać przez gałęzie. Wyglądało to niesamowicie. Dziewczynki kilka razy zjechały z małej górki, śmiejąc się. Patrząc na nie, zastanawiałam się, jak długo jeszcze będą tak reagować na śnieg.



Ostatnią noc spędziliśmy pod Ben Nevis. Idealne miejsce dla kogoś, kto planuje zdobyć szczyt. Sama mam to na swojej liście.

Rano Szkocja w końcu coś nam pokazała. Niebo było niebieskie, śnieg błyszczał, w nocy było minus siedem. Spacer był przepiękny. Nana biegała jak szalona, szczękając z radości. Ona uwielbia śnieg.



Spotkaliśmy też małego, odważnego przyjaciela – rudzika, który podążał za nami i przyglądał się nam z ciekawością. Oczywiście zrobiłam mu mnóstwo zdjęć.



Po tym spacerze zaczęliśmy wracać do domu. Dwa dni wcześniej niż planowaliśmy. Pogoda miała znowu się pogorszyć. Chciałam zachować w pamięci te śnieżne chwile, a nie deszcz, wiatr i frustrację, że nie da się wyjść z vana.



NC500 zimą nie jest dla mnie. Dni są krótkie, drogi często zamykane, a wiatr jest zimniejszy, niż można sobie wyobrazić. Ale widoki – wzburzone morze, tańczące trawy, zaśnieżone góry na różowym niebie – zostają w pamięci.



Wspomnienia są…



Jeśli chcesz zobaczyć więcej zdjęć z tej podróży, zamieściłam je w osobnym poście:

🔗NC500 zimą – zdjęcia

Previous
Previous

Winter NC500 in photos.

Next
Next

The Room With No Key